Ostatnio dużo myślałam o mentalności Czechów. O tym, że mieszkają tuż obok i że niby podobni, tylko bardziej wyluzowani i śmieszni, niby tacy łatwi do zdefiniowania przez pierwszego lepszego ankietowanego...Jednak coraz bardziej wydaje mi się, że są zupełnie inni. Po prostu kosmici. Z jednej strony bardzo liberalni: aborcja, eutanazja, związki "homoseksualków" (o tym osobny wpis) - o proszę bardzo, częste zmiany partnerów - tak już się dzieje. Ktoś robi "ironiczną" tablicę pamiątkową z okazji dwudziestej rocznicy aksamitnej rewolucji - czyli Dnia Walki Studentów o Wolność i Demokrację - no, dramatu nie ma. Zbiorowego oburzenia też, ale coś jest nie tak. Czechom nie jest tak zupełnie wszystko jedno, przynajmniej wymiarowi sprawiedliwości. Bo oto, proszę Państwa, współczesny, awangardowy artysta - Roman Týc tydzień przed obchodami dokleił na tablicy dłonie, podobno te, w odróżnieniu od gestów, są czeskie:
"Není co slavit"?
Wymowne. Przywodzi mi to na myśl felieton Szczygła, o tym, że trudno dokonać bohaterskiego czynu w Czechach. (Every)Czech, mówi, że zabicie Reinharda Heydricha, to nie ich zasługa, tylko zasługa przypadku...że w sumie strzelali do niego, rzucali granatami, ale "bez przesady, nie udało nam się go zabić", skurczybyk zmarł sam, na sepsę (w wyniku odniesionych ran).
Z drugiej zaś strony są jacyś tacy...zachowawczy, ostrożni. Łączą w sobie skrajności i wychodzi potem takie "nemehlo" (oczko do bohemistów;))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz